Demokracja
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Po dwóch latach od wyborów samorządowych możemy – bez gniewu i upodobania – przyjrzeć się wydarzeniom, które ukształtowały aktualne włochowskie władze i najprawdopodobniej przesądziły o ich 5-letnim funkcjonowaniu.
Jak przewidywały sondaże, 7 IV 2024 r. wybory we Włochach wygrała Koalicja Obywatelska uzyskując aż 11 mandatów w 21-osobowej Radzie Dzielnicy. W ubiegłej kadencji wspólnicy Artura W. okrzepli na włochowskich posadach i okopali się w miejscowych układach, zręcznie wykorzystując nieudolność i bierność wiceburmistrza Sebastiana P. (WMDW). Bez wielkiego trudu mogli więc wykorzystać napływ głosów nowych mieszkańców spychający polityczne centrum Włoch na lewo, w kierunku seksualizacji dzieci, zbiorkomu, kultu klimatu, mrówkowców, ograniczeń drogowych, kotleta świerszczowego itp. euroatrakcji.
Spore poparcie społeczne i 5 mandatów uzyskała Wspólnota Mieszkańców Dzielnicy Włochy, bezwolny koalicjant Platformy Obywatelskiej w poprzedniej kadencji. Nierównomierny rozkład zdobytych w okręgach mandatów (3+1+1) ujawnia, że czynnikiem decydującym o sukcesie nie była ani wielki plan budowy wychodka ani nawet założenie nowej religii tylko 436,2 tys. PLN publicznych pieniędzy rzuconych w I okręgu na autopromocję Sebastiana P. i jego kumpli. Tym samym do rekordu budowy najdroższego wychodka na świecie Prezes WMDW dołożył rekord wydatków za uzyskanie mandatu do Rady Dzielnicy Włochy. Jak zwykle nie z własnej kieszeni.
Z pozostałych mandatów cztery przypadły Prawu i Sprawiedliwości, a jeden kandydatowi z listy Trzeciej Drogi. Oczywistą wolą wyborców było więc, żeby Włochami rządziła samodzielnie Koalicja Obywatelska. Toteż wielkie zaskoczenie wywołała informacja, że chwilę przed wyborem Przewodniczącego Rady i Zarządu Dzielnicy z Platformy Obywatelskiej wypisała się radna Sylwia C., enigmatycznie uzasadniając to „zachowaniem ważnych osób z Koła Platformy Włochy” i zapowiadając tym krokiem przejęcie władzy przez koalicję WMDW/PiS. Jedyną prawdopodobną przyczyną takiego zwrotu musiał być fakt, że protektor Sylwii C. nie wynegocjował oczekiwanej porcji wyborczych łupów więc – nie po raz pierwszy – polecił swojemu cynglowi dezintegrację klubu PO.
Nieoczekiwany marsz koalicji WMDW/PiS po władzę zatrzymała tajemnicza nieobecność Sebastiana P. na wyborczej sesji Rady Dzielnicy w dniach 7 i 14 maja 2024, definitywnie pozbawiająca przyszłą koalicję anty-KO możliwości uzyskania większości głosów niezbędnej do wyboru Burmistrza i przewodniczącego Rady. W tej sytuacji radny z listy Trzeciej Drogi chcąc nie chcąc zmuszony został dorzucić swój głos do głosów 10 radnych Koalicji Obywatelskiej, rozsądnie wnioskując, że lepsza posada w garści niż Zarząd na dachu.
Wyborcze posiedzenia Rady Dzielnicy mają kluczowe znaczenie dla funkcjonowania władz samorządowych. Poza aktem zgonu nic nie jest w stanie usprawiedliwić nieobecności radnego na takiej sesji. Trudno byłoby więc zinterpretować dwukrotne zniknięcie Sebastiana P. inaczej niż jako rezultat potajemnego dogadania się z kierownictwem Platformy Obywatelskiej i faktycznego sprzedanie głosu WMDW. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jednoznacznie wskazują, że prezes WMDW bezwzględnie zdradził własnych kolegów (i koleżankę) spychając ich na 5 lat do opozycji. Nie musimy jednak żałować tych osobników albowiem natychmiast po tej zdradzie okazali się oni kompletnymi tumanami, nagradzając Sebastiana P. stanowiskiem szefa klubu. Najwyraźniej radni WMDW nie zauważyli co się wydarzyło na sali obrad, nie zrozumieli biegu wydarzeń lub nie uwierzyli własnym oczom i przyjęli do wiadomości popisy blagierstwa, którymi Sebastian P. tak hojnie raczy swoje wyborczynie.
Tym samym więc finalnie rządzącą większość we Włochach tworzy 12 radnych: 10-osobowy klub Koalicji Obywatelskiej popierany przez radnego z listy Trzeciej Drogi i potajemnie zakupionego Sebastian P., oficjalnie radnego opozycji ale faktycznie głosu w dyskretnej dyspozycji Koalicji Obywatelskiej.

Okrucieństwem byłoby nie pochylić się w tym miejscu ze współczuciem nad losem nieszczęsnej Sylwii C. sprawnie wymanewrowanej przez Sebastiana P. Utrata mandatu na początku kadencji jest dla każdego klubu radnych dolegliwym ciosem. Takie postępki zazwyczaj dobrze są zapamiętywane przez partie polityczne. Przypomnieć jednak należy, że Pani Radna kandydując z listy PO już wcześniej potajemnie dogadywała się z konkurencją przeciwko Platformie Obywatelskiej i nie wiązało się to z żadnymi negatywnymi dla niej konsekwencjami, wręcz przeciwnie za walkę z włochowskim PO otrzymywała rozmaite nagrody od warszawskiego kierownictwa PO. Fenomen ten wyjaśniają bardzo zażyłe relacje Sylwii C. z jednym z platformianych gangsterów. Szczegółowo opisując stopień tej zażyłości nieuchronnie wpadłbym w łapy niezawisłych sądów. Pozostawiam więc tę kwestię domyślności Czytelników, zachęcając, żeby niczego sobie nie żałowali i domyślali się jak najśmielej.
Nie musimy natomiast domyślać się politycznego losu Sylwii C. albowiem wiadomo, że wydarzy się to, co się już wcześniej wydarzało. Już wkrótce patron Sylwii C. zacznie układać się z podobnymi sobie osobnikami opowiadając na lewo i prawo jaką to wspaniałą i lojalną polityczką jest Sylwia C. o czym świadczy jej urok, wdzięk i dyplom Collegium Hummanum. Oraz jakim ponurym okrutnikiem jest burmistrz Karcz, który takiego brylantu nie docenił, a nawet gorzej – zlekceważył go i obraził, zamiast oszlifować i oprawić. Będzie dobrze! Zdradzanie kolegów z Platformy Obywatelskiej jak zwykle skończy się dla Sylwii C. wesołym oberkiem. Już wkrótce znów ujrzymy ją na czele listy Koalicji Obywatelskiej, jeśli nie we Włochach to – w najgorszym razie – w rodzinnej Częstochowie.
Dobranoc Państwu!
P.S. W ubiegłym miesiącu poprosiłem Sebastiana P. o wyjaśnienie przyczyn jego nieobecności na sesji 7 i 14 maja 2024 r. Do dnia publikacji tego artykułu nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.
Ekstaza nad wychodkiem
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Kościół Katolicki przeżywa kolejny w swojej historii kryzys, tym razem manifestujący się spadkiem popularności religii katolickiej na terenie Europy. Ponieważ jednak nie da się nie wierzyć w nic to próżnię po uporządkowanych filozofią tomistyczną dogmatach wypełniają chaotyczne wierzenia w horoskopy, karmę, socjalizm, kamienie magiczne, determinizm dziejowy, 56 płci, wieloświat, kosmitów, sprawiedliwość społeczną, złowrogą rolę czarnych kotów, globalne ocieplenie, wróżki, magię itp. zjawiska nie mające żadnego oparcia ani w nauce ani w historii, ani nawet ze sobą wzajemnie powiązane.
Proces religijnej transformacji od katolicyzmu do dobroludzizmu ma olbrzymie znaczenie ponieważ wierzenia kształtują cywilizację, a więc decydują o metodzie organizacji społeczeństwa, o prawie, zwyczajach i sposobie rządzenia. Rozumiejące tę zależność elity polityczne I Rzeczypospolitej wymagały by królem Polski był katolik. Analogicznie w państwach rozbójniczych przed objęciem tronu władca musiał zostać wyznawcą prawosławia (Rosja), luteranizmu (Prusy) albo anglikanizmu (Wielka Brytania). Trudno się dziwić naszym przodkom, ponieważ pozornie drobne i niewinne wierzenie np. w reinkarnację prowadzi do dość okrutnych konsekwencji społecznych i stwarza śmiertelne zagrożenie dla życia ludzi i bezpieczeństwa państwa. Niezwykle ważne jest w co naprawdę wierzą nasi politycy albowiem to w co wierzą przesądza o tym jak rządzą.
Z ubolewaniem należy więc odnotować, że wybitni przywódcy naszej włochowskiej społeczności albo twardo trzymają język za zębami ze strachu przed swoimi dysponentami albo nie są zdolni wykrzesać z siebie myśli przekraczającej banalne i ogólnie słuszne przekonania, że trawnik powinien być zielony, woda czysta, powietrze przejrzyste a pogoda ładna. Milczą jak zaklęci unikając jakichkolwiek poważnych tematów a w najlepszym razie rytualnie i niezbyt szczerze hejtując domniemanych przeciwników politycznych, co im zresztą nie przeszkadza w dobijaniu z nimi pokątnych interesów. Toteż z wielkim zaskoczeniem zauważyłem, że za skromne 10 tysięcy PLN koalicja KO/WMDW – wzorując się zapewne na wieprzkach z „Folwarku zwierzęcego” – wymalowała na budynku miejskim przy alei Krakowskiej 107 napis:
Dobra energia to dar serca – Podziel się dobrą energią – Pomagaj nie oczekuj – Pomaganie daje radość – Kubek równowagi – Dobro daje siłę – Pomagamy nie czekamy – Dobro wraca do ciebie – Ludzie do ludzi
Zestaw haseł umieszczono na drodze do Szkoły Podstawowej przy ulicy Malowniczej w taki sposób, że większość podążającej ku źródle wiedzy dziatwy chcąc nie chcąc codziennie musi zapoznać się i przyswoić sobie wzniosłe myśli liderów Koalicji Obywatelskiej i Wspólnoty Mieszkańców Dzielnicy Włochy.
Analiza treści wciskanego dzieciom do głów przekazu nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że są to artykuły jakiejś wiary ponieważ ani wiedza powszechna ani naukowa nie zna takich bytów jak „dobra energia” czy „kubek równowagi”. Nic także nie wskazuje na to, żeby istniał na tym świecie jakikolwiek mechanizm sprawiedliwości gwarantujący „powrót dobra”, cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie usiłowali rozumieć. Wręcz przeciwnie, odrobina spostrzegawczości i doświadczenia życiowego wystarczy do przekonania się, że żadne „powroty dobra” z reguły nie następują, zwłaszcza w życiu publicznym i w relacjach anonimowych. Co prawda także religia katolicka zapewnia, że sprawiedliwości stanie się zadość ale ta zbieżność wierzeń jest czysto pozorna ponieważ Katechizm Kościoła Katolickiego utrzymuje, że sprawiedliwość zostanie niechybnie każdemu wymierzona ale nie na tym świecie.

Fakt, że mamy do czynienia z nową religią i propozycją nowych wierzeń potwierdzają także władze Dzielnicy. Indagowany w tej sprawie Burmistrz Włoch jednoznacznie stwierdził, że „Zarząd Dzielnicy nie dysponuje badaniami związanymi z umieszczonymi na muralu tezami”, a dyrektor SP nr 87 oświadczyła, że „Szkoła nie dysponuje badaniami naukowymi potwierdzającymi przedstawione na ścianie tezy”.
Nie ulega więc wątpliwości, że mamy oto do czynienia z deklaracjami religijnymi oraz próbą swoistej „ewangelizacji” dzieci. Narzuca się więc pytanie, który z działaczy KO/WMDW doznał objawienia i podzielił się z mieszkańcami nowymi prawdami wiary. Na trop tożsamości nowego Mahometa prowadzi okoliczność, że w imieniu rządzącej Włochami koalicji napis opublikowała Szkoła Podstawowa nr 87 przy Malowniczej na budynku m. st. Warszawy udostępnionym przez ZGN na polecenie władz dzielnicy Włochy. Z kolei na uroczyste odsłonięcie napisu Szkoła Podstawowa im. Lotników Polskich dostarczyła kontyngent zmarzniętych dzieci do wypełnienia tła, na którym fotografował się nadzorujący oświatę wiceburmistrz Sebastian P.
Wprawdzie Pan wiceburmistrz nie zareklamował się otwarcie jako źródło nowego objawienia ale tylko na skutek wrodzonej skromności i niechęci do ciągłego ogłaszania tzw. „sukcesów”. Zamknięty ciąg poszlak i zaksięgowanie kosztu malowania napisu w dziale „oświata” jednoznacznie dowodzi, że po kilkuletniej budowie wychodka w Parku Kombatantów Sebastian P. porzucił przyziemne sprawy ludzkie i odrywając się od fekaliów wzniósł się myślami ku prawdom wiekuistom: „dobrym energiom”, „kubkom równowagi” i „powrotom dobra”. Pozostaje więc tylko wierzyć, że ten mistyczny poryw przysporzy aktywowi WMDW olbrzymiego uznania nie tylko podczas wyborów ale także w zaświatach.
Powstanie we Włochach
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Fałszywa historia jest matką błędnej polityki. Ponieważ w państwie demokratycznym wszyscy uprawnieni są do uczestniczenia w polityce, więc w interesie publicznym leży szeroka znajomość prawdy historycznej. Kto zaś rozpowszechnia historyczne fałsze, ten usiłuje zrealizować jakiś własny cel kosztem dobra publicznego. W kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego spróbujmy więc pokrótce opisać – bez gniewu i upodobania - co wydarzyło się w tamtym czasie na terenie Włoch i porównajmy, jak te wydarzenia mają się do narracji instytucji publicznych.
W okresie okupacji niemieckiej teren Włoch objęty był działaniami 7. Pułku Piechoty Armii Krajowej działającego pod kryptonimem „Madagaskar”, a następnie „Garłuch”. Jednostkę tę założyli oficerowie z organizacji Orła Białego 22 listopada 1939 roku w nieruchomości przy ulicy Pianistów 10. Strukturą dowodził formalnie kpt. Kazimierz Lang. Wydaje się jednak że na dowodzenie jednostką znaczny wpływ miał kpt. Stanisław Babiarz i że był to wpływ istotnie przewyższający jego formalne stanowisko, ponieważ kpt. Lang znalazł się poza Związkiem Walki Zbrojnej w ramach eliminacji z wojska osób związanych z sanacją. Mimo toczącej się wojny takie porachunki polityczne w polskich szeregach prowadził gen. Władysław Sikorski, który w listopadzie 1939 przejął kontrolę nad Rządem RP na Uchodźstwie (w wyniku zamachu stanu zorganizowanego przez agentów francuskich). Ostatecznie kpt. Lang został aresztowany przez Gestapo 1 lutego 1942 r. w budynku przy ulicy Techników 4 i od tego momentu Pułkiem faktycznie i formalnie dowodził kpt. Babiarz.
W skład Pułku ostatecznie wchodziły 3 bataliony (I „Dniestr”, II „Warta” i III „Narew”) oraz wydzielone jednostki łączności, pionierów i artylerii pułkowej. Ta ostatnia – oddział artylerii "Niemen" – rozbudowana została do trzech plutonów (w tym dwóch pełnych) w celu przygotowania do obsługi dział niemieckich, które spodziewano się zdobyć na lotnisku Okęcie. Od początku lutego 1942 roku artylerzystami dowodził porucznik Romuald Jakubowski. Warto odnotować, że w jednostce służył także jego brat Zbigniew.
Czas do wybuchu Powstania wypełniły przygotowania do walki z Niemcami oraz rozmaite zadania konspiracyjne: egzekucja zdrajców i donosicieli, wywiad, zdobywanie i zakup broni, wydawanie i kolportaż podziemnych publikacji, werbowanie nowych żołnierzy etc. Część żołnierzy Pułku zaangażowana była w inne struktury Armii Krajowej, trudno więc jednoznacznie rozstrzygnąć, które działania stanowiły element funkcjonowania Pułku. Dramatyczną przerwą w rozwoju Pułku było aresztowanie przez Gestapo dowódców II batalionu oraz kpt. Langa podczas odprawy 1 lutego 1942 r. przy ulicy Techników 4.
Plan
Od początku głównym celem Pułku było zdobycie lotniska Okęcie po wybuchu powstania. Zadanie to było niezwykle ważne, ponieważ plan powstania opierał się na lotniczych dostawach broni i amunicji. Na Okęciu lądować miał także desant I Samodzielnej Brygady Spadochronowej dowodzonej przez gen. Stanisława Sosabowskiego (który nota bene brał udział w obronie Warszawy we wrześniu 1939 r.). Po wybuchu Powstania Brytyjczycy złamali pierwotne ustalenia. Nie tylko odmówili zgody na desant polskiej Brygady, ale na dobitkę skierowali tę jednostkę na najgorszy odcinek źle zaplanowanej i ryzykownej operacji Market Garden, w wyniku czego Brygada utraciła prawie 1/4 swojego składu (formalnie decyzję o wysłaniu polskich oddziałów na nonsensowną rzeź podjął Rząd RP na Uchodźstwie kierowany przez spolegliwego brytyjskiego agenta Stanisława Mikołajczyka. Wydarzenia te wspomina film A Bridge Too Far). Oczywistym celem ubocznym działań Pułku było także związanie jak największych sił nieprzyjaciela i wsparcie tym jednostek Armii Krajowej walczących w Warszawie.
Ostatecznie zadania dla Pułku określił rozkaz gen. Antoniego Chruściela:
Obwód XXVIIII, wzmocniony bazą lotniczą
Zdobyć i utrzymać lotnisko Okęcie oraz baraki Paluch. Zapewnić OPL rej [Obronę Przeciwlotniczą rejonu] Okęcie przez przydzielony oddział art. plot. [artylerii przeciwlotniczej] oraz umożliwić lądowanie aparatów własnych. Uniemożliwić start aparatów nieprzyjaciela. Fabryki na terenie Okęcie zabezpieczyć.
Zadanie wykonane miało być siłami wszystkich trzech batalionów i oddziałem artylerii „Niemen” (przemianowanym na "Geometrię") dowodzonym przez porucznika Romualda Jakubowskiego. Ponadto dowództwo warszawskie wzmocniło Pułk Bazą Lotniczą „Łużyce”, dobrze uzbrojoną jednostką składającą się m.in. z pięciu kompanii, na czele której stał cichociemny płk. Jan Biały. Jednostka została taktycznie podporządkowana mjr. Babiarzowi. Istnieją poważne rozbieżności w ocenie liczby żołnierzy niemieckich i polskich. Wydaje się jednak, że obie strony dysponowały porównywalną liczbą żołnierzy, natomiast niemieckie uzbrojenie znacznie górowało nad polskim.
Plan zakładał koncentryczne uderzenie ze wschodu, północy i zachodu. Na odcinku południowym (Załuski-Paluch) pozostawiono lukę, przypuszczalnie w celu umożliwienia Niemcom wycofania się z rejonu lotniska.
Katastrofa
1 sierpnia 1944 o 8:30 mjr Babiarz wziął udział w odprawie warszawskiego dowództwa AK u gen. Chruściela przy ulicy Uniwersyteckiej. Jak twierdzi, oświadczył przełożonemu, że rozkazu zdobycia lotniska Okęcie nie da się zrealizować. Mimo wszystko otrzymał polecenie trzymania się planu i atakowania lotniska. Tego samego dnia o 14:00 na odprawie dowództwa Pułku Garłuch przy ulicy Słowiczej 8 przedyskutowano sytuację i w efekcie o godz.16ej mjr Babiarz – wbrew decyzji gen. Chruściela – odwołał atak, pozbawiając tym ochocki obwód AK osłony od zachodu.
Rozkaz wstrzymania ataku nie dotarł przed godziną W do porucznika Jakubowskiego. Oddział artylerii „Niemen” w niemal pełnym składzie stawił się na pozycjach wyjściowych we wsiach Zbarż i Zagościniec. O 17ej 180-osobowa jednostka wyruszyła trzema kolumnami. Po drobnej potyczce przy Alei Lotników żołnierze dotarli 250-300 metrów od pozycji niemieckich, tam rozwinęli się w tyralierę i biegiem rozpoczęli atak. Natychmiast znaleźli się w gęstym ogniu broni maszynowej. Do ognia z przodu dołączył ostrzał boczny z dwóch samochodów pancernych oraz przywiezieni ciężarówką spieszeni lotnicy niemieccy. Ponad 120 polskich żołnierzy – w tym dowódca oraz jego brat - poległo lub zostało dobitych przez Niemców po zakończeniu bitwy. Stan zwłok wskazywał, że Niemcy miażdżyli rannych czołgami.

Następnego dnia o świcie Niemcy otoczyli budynek przy Alei Krakowskiej 173/175, w którym znajdowały się 2 plutony 3. kompanii III Batalionu. Budynek został ostrzelany i podpalony. W obronie zginęło ponad 70 polskich żołnierzy. Pozostałe jednostki rozproszyły się lub zaczęły wycofywać z pozycji wyjściowych.
Kompania „Galia” z III Batalionu została zaatakowana w pobliżu ulicy Szczęśliwickiej. Niemcy otoczyli jednostkę i rozstrzelali 35 żołnierzy w pobliskim wykopie. Część żołnierzy w zwartych formacjach lub w rozproszeniu zdołała wycofać się z obszaru. Część dotarła do Warszawy i wzięła udział w Powstaniu. Dowódca Pułku mjr Stanisław Babiarz zwiał do Ursusa i trzy lata później zmarł we własnym łóżku.
Ocena
Gdyby nie upadek Państwa Polskiego, dowodzący Pułkiem Piechoty „Garłuch” mjr Stanisław Babiarz bez wątpienia stanąłby przed sądem wojennym i byłoby ku temu sporo powodów. Mjr Babiarz złamał bowiem na polu bitwy jasno i dobitnie wydany rozkaz ataku na lotnisko. I choć Pułk nie przystąpił do wykonywania swojego zadania to w ciągu pierwszych dwóch dni na darmo straciło życie około 200 żołnierzy.
Dowódca Pułku tłumaczył się niemożnością wykonania rozkazu oraz stawieniem się na podstawy wyjściowe zaledwie połowy żołnierzy. Winą za katastrofę usiłował obciążyć swojego przełożonego gen. Chruściela opisując go charakterystycznym epitetem „nieżyciowy”.
Rozważając tę argumentację trzeba przypomnieć, że mjr Babiarz nie był wolontariuszem, działającym wyłącznie z motywacji patriotycznych, lecz zawodowym oficerem, który przez 5 lat okupacji miał przygotować Pułk do zdobycia lotniska. Jeśli uważał, że cel jest nieosiągalny powinien był ustąpić ze stanowiska. Zapewne uznał, że taki krok nie byłby „życiowy”, bo pozbawiłby go cennego żołdu.
Niezłomnie trwał więc na intratnej posadzie licząc, że jakoś to będzie i swoją postawą wprowadzał w błąd przełożonych. Kiedy perspektywa podjęcia walki zaczęła się niebezpiecznie zbliżać ostrzegł gen. Chruściela, że celu ataku nie da się osiągnąć. Przełożeni postanowili go znacznie wzmocnić: pozostawiono mu pod komendą III Batalion, który pierwotnie miał zdobywać obiekty w Warszawie. Otrzymał także dodatkowy przydział broni oraz skierowano mu na pomoc Bazę Lotniczą „Łużyce”. Jeśli tak znaczne wsparcie nadal nie wystarczało do zdobycia lotniska to narzuca się pytanie za co mjr Babiarz pobierał przez 5 lat żołd.
Fakt pojawienia się zaledwie połowy żołnierzy na pozycjach wyjściowych historycy wyjaśniają dość prawdopodobną hipotezą aktywności niemieckich patroli. Jeśli ten czynnik miał znaczący wpływ na skompletowanie jednostek to czemu mjr Babiarz ograniczył się do wstrzymania ataku a nie nakazał oczyszczania dróg z niemieckich patroli przez zmobilizowane jednostki AK? Zwalczanie takich patroli z pewnością leżało w granicach możliwości Pułku i umożliwiłoby stawienie się brakujących żołnierzy.
Z perspektywy czasu można także mieć wątpliwości czy wykonanie rozkazu gen. Chruściela wiązałoby się z tak wielkimi stratami, do jakich doszło po nie wykonaniu rozkazu. W szczególności, Niemcy nie mieliby aż tak wielkiej swobody masakrowania „Niemna” gdyby zostali zaatakowani z różnych stron i musieli bronić się przed większymi siłami.
Upamiętnienie
Pułk Piechoty AK „Garłuch” zawiódł podczas Powstania Warszawskiego: na pozycje wyjściowe nie stawiła się ponad połowa (a być może 2/3) żołnierzy, dowódca Pułku złamał rozkazy i zwiał z pola bitwy i – z wyjątkiem „Niemna” - cały Pułk zaniechał wykonania swojego zadania. Na szczęście, w historii Polski nie brak prawdziwych bohaterów i wielkich czynów zasługujących na utrwalenie w świadomości społecznej. Także postulat szczególnego uwzględnienia lokalnych postaci nie musi prowadzić do fałszów historycznych, ponieważ na upamiętnienie zasługuje chwalebne zachowanie Oddziału Artylerii „Niemen”, który spełnił swój obowiązek, wdał się osamotniony bój z Niemcami i został w 2/3 wybity. Na wdzięczną pamięć potomnych zasługuje także rodzina dowodzącego „Niemnem” porucznika Romualda Jakubowskiego. Ojciec dowódcy – oficer artylerii - zginął w niejasnych okolicznościach przed wybuchem II wojny światowej. Jego dwaj synowie Romuald i Zbigniew ożenili się w dniu wybuchu Powstania i tego samego dnia zginęli. Z kolei ich matka trafiła do stalinowskiego więzienia.
Niestety, nie udało mi się wypatrzeć żadnych nazw przypominających o „Niemnie” ani o kimkolwiek z rodziny Jakubowskich. Mamy za to we Włochach ulicę jakiegoś Batalionu AK „Włochy” – bytu najprawdopodobniej fikcyjnego - oraz szkołę im. 7. Pułku Piechoty AK „Garłuch”, która egzemplifikuje bohaterstwo Pułku osobą Henryka Chmielewskiego. Problem w tym, że ów świetny rysownik nie dotarł na miejsce zbiórki Pułku, więc nawet hipotetycznie nie mógł brać udziału w walkach.
Narracja władz Włoch na temat Powstania zakłamuje prawdziwy obraz wydarzeń. Fałsz oczywiście służyć ma interesom kluczowych decydentów, ale fałsz ma także smutne podstawy obiektywne. Bohaterowie zginęli w samotnej walce. Cała rodzina Jakubowskich zapłaciła życiem za swój patriotyzm, nie pozostawiając po sobie żadnych potomków. Ich dalsi krewni zapewne nie mogą zadbać o ich pamięć, a tym bardziej nie mają dość sił, by wyegzekwować upamiętnienie „Niemna”. Przeżyli zaś przede wszystkim ci, którzy zachowali się „życiowo”: nie stawili się na pozycje wyjściowe, przezornie nie wdali się w żadne strzelaniny lub zwyczajnie zwiali z pola bitwy. Kara memoria damnata spada nie na głowy tych, którzy na nią zasłużyli ale na tych, którzy się przed nią nie mogą bronić.
Meandry polityki
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Przed Sądem Rejonowym w Pruszkowie rozpoczął się proces byłego Burmistrza Włoch Artura W. (Platforma Obywatelska) oskarżonego o przyjęcie łapówki za wydawanie korzystnych decyzji administracyjnych. Oskarżony nie przyznał się do winy. Twierdzi, że 200 tysięcy PLN z foliowej torebki nie były łapówką tylko pożyczką. Oświadczył, że przed spotkaniem, na którym do samochodu wpadła mu foliowa torebka z gotówką, długo naradzał się ze swoim zastępcą Sebastianem P. (WMDW) po czym pospiesznie wyjechał z Urzędu w kierunku Raszyna. Po odebraniu pieniędzy od tureckiego businessmana udał się na posesję swojego teścia. Tam pozostawił 150 tys. PLN natomiast pozostałe 50 tys. PLN usiłował zabrać ze sobą. Myliłby się ten kto podejrzewałby, że lider Platformy Obywatelskiej zamierzał oddać część bakszyszu nieujawnionemu wspólnikowi. Pan Burmistrz bowiem zapałał natychmiastowym pragnieniem zakupu samochodu za 50 tys. PLN i nie zamierzał odraczać realizacji swojego marzenia do następnego dnia. Jakoś też nie planował deponowania pozostałej kwoty na rachunku, zapewne bardziej wierząc skrytce u teścia niż polskim bankom. Na koniec Artur W. odmówił odpowiadania na pytanie prokuratora.
Obrona Warszawy
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Na początku 1939 roku Rosja i Niemcy zakończyły przygotowania do wojny i wyczekiwały na właściwy moment do rozpoczęcia inwazji. Tymczasem Polska - zresztą podobnie jak dzisiaj - do wojny przygotowana nie była. Głównym sprawcą ówczesnych zaniedbań był prezydent Ignacy Mościcki, bezwolny wykonawca poleceń Józefa Piłsudskiego, który po śmierci swojego patrona nieoczekiwanie przejął faktyczną odpowiedzialność za los Rzeczypospolitej wobec Boga i historji (jak to sformułował w Konstytucji Kwietniowej Ignacy Czuma). Niestety, prof.Mościcki, mimo nobliwego wyglądu, interesował się dobrem publicznym tylko w takim zakresie w jakim to dobro dało się sprywatyzować. Kiedy więc 23 sierpnia 1939 Rosja i Niemcy uzgodniły w Pakcie Hitler-Stalin IV rozbiór Rzeczypospolitej, cały los Polski uzależniony został od wykonania zobowiązań sojuszniczych przez Francję i Wielką Brytanię.
Milipandemia
- Szczegóły
- Autor: Krzysztof Czuma
Życie publiczne w ubiegłym roku - podobnie jak w poprzednim - upłynęło we Włochach na nieustannym ogłaszaniu wielkich sukcesów rządzącej koalicji PO/Kukiz/Nowoczesna/WMDW, do których w pierwszej kolejności zaliczyć należy tymczasową instalację niedziałającego kranu przy stacji PKP Włochy za 45 tysięcy PLN oraz zakończenie w Parku Kombatantów blisko dwuletniej budowy wychodka za kwotę, która mogłaby wywołać niepotrzebny szok u każdego Czytelnika. Nie można także nie odnotować niespodziewanego zamknięcia szkoły przy ulicy Radarowej na samym początku roku szkolnego oraz tajemniczego zniknięcia odszkodowania dla miasta z tytułu opóźnienia prac budowlanych w tej placówce.
Strona 1 z 12